Listopadowe Ebro

Opublikowany przez: Mariusz Walczyk

Jesteś na Mikado / aktualności

Udostępnij artykuł na:

February 5, 2018

Listopadowe Ebro

Wędkarski sezon postanowiliśmy zakończyć w nieco cieplejszym klimacie, dlatego tradycyjnie, w końcówce roku, wybraliśmy się nad Ebro. Ta nieposkromiona, hiszpańska rzeka nie bez przypadku stała się naszym wędkarskim celem. Jej imponująca populacja ryb oraz ich pokaźne gabaryty, przynoszą nie tylko wiele niesamowitych emocji, ale dają możliwość na szybkie przetestowanie nowego sprzętu w ekstremalnych warunkach.

 

 

Nasz środek transportu zniweczył plany dotyczące ilości testowanego sprzętu. Ze względu na fakt, iż musieliśmy liczyć się z wielkością bagażu, który mogliśmy zabrać na pokład samolotu, podjęliśmy decyzję, że jeszcze przed wylotem dobrze opracujemy strategię wyprawy. Ostatecznie nasz sześciodniowy wyjazd zdecydowaliśmy poświęcić na spinning oraz pogoń za sumem, które w rzece Ebro osiągają rekordowe rozmiary.

 

 

Przez pierwsze cztery dni głównym celem były sandacze i okonie. Nasze wędziska uzbroiliśmy w niezawodne przynęty Sairy oraz legendarne Fishuntery, które tym razem wzbogaciliśmy o główki z najnowszej serii Jaws. Wybór przynęt okazał się strzałem w dziesiątkę, bo już pierwszego dnia na smukłym, aczkolwiek mocnym kiju Sicario M spin, zameldował się, jak później się okazało, największy sandacz tej wyprawy, mierzący 79 cm, skuszony 18-sto centymetrowym Goliatem. Wszystkie cztery dni zaliczamy do udanych, Ebro co chwilę obdarowywała nas kolejnymi braniami. Każdy z nas miał pełne ręce roboty, wyciągając dziesiątki sandaczy w przedziale 50-75 cm, oraz piękne, 30-sto, 40-sto centymetrowe garbusy. Zabrany sprzęt okazał się niezawodny w każdym calu, mimo niezliczonych ataków drapieżników oraz niełatwego dna rzeki, mogliśmy polegać na nim, bez obaw o porażkę.  Wspomniane już wcześniej główki jigowe z serii Jaws, wyposażone w mocne haki, nie uginały się przed oporem żadnej ryby, nie straszne im były również ostre głazy i drzewa. By jednak nie stracić szybko całego zestawu, przy tak trudnym dnie, narażoną na przetarcia plecionkę zabezpieczaliśmy przyponami z fluorocarbonu Nihonto Prime, który przy okazji bardzo dobrze maskował się w wodzie. Czas poświęcony na spinning zleciał nam szybko, lecz bardzo owocnie. Mimo wielu niesamowitych wrażeń, emocjonujących walk i wspaniałych przeżyć, zdawaliśmy sobie sprawę, że najlepsze jeszcze przed nami.

 

 

Do sumowej, hiszpańskiej zasiadki przygotowywaliśmy się bardzo skrupulatnie. Gdzie indziej, jak nie tu, można powalczyć z prawdziwym potworem, łapiąc przy tym rybę życia? Czasu zostało nam niewiele, więc nie mogliśmy pozwolić sobie na błędy w doborze sprzętu i przynęt. Główną taktyką, którą obraliśmy na tę wyprawę, był vertical sumowy, czyli nic innego, jak łowienie w pionie. Niezwykle obdarzona w sumy rzeka, nie kazała nam długo czekać na branie i już po 40 minutach od przyjazdu, mieliśmy pierwszą możliwość przetestowania naszych zestawów. Mimo zaciętej walki, rybie niestety udało się uwolnić, wykorzystując przy tym jeden z filarów pobliskiego mostu. Szybko jednak przełknęliśmy gorycz porażki, ponieważ w niedługim czasie na kiju kolegi Marcina pojawił się kolejny wąsaty okaz. Tym razem wiedzieliśmy, że wszystko musi zagrać. Po chwili ciężkiej walki, gdzie kij giął się w efektowną parabolę, naszym oczom ukazał się piękny sum mierzący 189 cm. Wszystkim uczestnikom wyprawy rozbudziła się wyobraźnia na myśl o potworach, jakie mogą jeszcze skrywać wody Ebro. Na szczęście rzeka okazała się łaskawa dla każdego z nas i na koniec dnia wszyscy mieliśmy na swoim koncie stoczoną walkę z wąsatym koleżką.

 

 

Nazajutrz, po krótkim odpoczynku, rozochoceni poprzednim dniem, postanowiliśmy zacząć łowienie od samego rana, by nie tracić ani chwili ostatniego dnia wyjazdu. Tym razem do wody poleciały wędki opancerzone w 20-sto centymetrowe Sairy, czyli przynęty typu „jaskółka”, posiadające żebrowany korpus, uzbrojone w 30-sto gramową główkę z dozbrojką Jaws. Brylowanie na wodzie zaczął Arkadiusz, który w ciągu godziny wyciągnął trzy ryby w przedziale 150 – 180 cm. Był to zdecydowanie wstęp do gry. Nasza wyprawa nabrała szaleńczego tempa, by po kilku godzinnym żerowaniu, nadeszło uspokojenie. Była to jednak, tylko cisza przed prawdziwą burzą. Po chwili wytchnienia wędzisko Cat Fish z serii Cat Territory dało znać, że sum znów zainteresował się naszą przynętą. Do wędki podszedł Mariusz, który po krótkim holu już wiedział, że czeka go nie lada wyzwanie. Prawdziwie wojownicza ryba nie zamierzała szybko dać za wygraną, jednak po fantastycznej walce i wielu próbach ucieczki, zdecydowała się ulec, czego efektem było wyciągnięcie największego suma tego wyjazdu. Potwór mierzący 228 cm ustawił wynik, kończąc jednocześnie naszą wyprawę na wodach Ebro. W tej walce jedną z kluczowych pozycji odegrał sprzęt. Uzbrojenie kija Cat Fish w piekielnie mocny kołowrotek Amok z płynnym hamulcem i nawiniętą ośmio-splotową plecionką Octa Braid o średnicy 0,60 mm, był strzałem w dziesiątkę. Bardzo pomocna okazała się też praca wędziska, które charakteryzuje wysoka czułość i ogromny zapas mocy, co gwarantuje pewny hol i możliwość wyczucia zachowania ryby pod wodą. Dołóżmy do tego odpowiednie umiejętności i mamy gotowy przepis na udaną zasiadkę.

 

 

Czas spędzony nad Ebro szybko dobiegł końca, jednak wracaliśmy do Polski w pełni usatysfakcjonowani i bogatsi o niesamowite wrażenia. Byliśmy dumni, że obrane taktyki przyniosły oczekiwane efekty, a wybrany sprzęt, który obdarzyliśmy wielkim zaufaniem, nie zawiódł nas nawet przez chwile, dając nam ogromną radość z wyholowanych ryb.

 

 

Udostępnij artykuł na:

wróć do listy