Przykładem Matyldy, czyli dlaczego wypuszczam okazy

Opublikowany przez: Grzegorz Sawczyszyn

Jesteś na Mikado / aktualności

Udostępnij artykuł na:

February 22, 2018

Przykładem Matyldy, czyli dlaczego wypuszczam okazy

Od jakiegoś czasu obserwuję na Facebooku oraz innych portalach zarówno społecznościowych jak i wędkarskich zażarty spór między wędkarzami uznającymi zasadę "C&R" a tymi, którym nie obce jest zabranie złowionej rybki na kolacje. Obie strony zawzięcie bronią swoich racji. Ci od C&R twierdzą, że to oni są prawdziwym pasjonatami gdyż łowią dla emocji a nie dla mięsa, ci drudzy zaś upierają się, że niehumanitarne jest kaleczenie, stresowanie oraz męczenie ryb jeśli nie mamy zamiaru jej zjeść. Osobiście uważam, że to indywidualna sprawa sumienia łowcy jeśli chodzi o ryby średniego rozmiaru. Natomiast inaczej myślę o dużych okazach, tych bezapelacyjnie nie powinno się zabierać z łowiska. Dlaczego?

Zacznę od wartości sportowych. Wiadomo każdy z nas chciałby łowić te największe okazy, które dają najwięcej emocji i wrażeń. Jedyną szansą by rosły dalej jest zwracanie im wolności a zabieraniu do domu jedynie zdjęć. Mi osobiście więcej frajdy sprawia wieczorne przeglądanie fotek z ze wspaniałymi rybami niż zjadanie ich na kolacje. Dużo istotniejszym aspektem jest to, że to te duże, zdrowe ryby dożyły swoich rozmiarów dzięki świetnym predyspozycjom genetycznym, sprytowi oraz zdolnościom unikania niebezpieczeństw i to one przekażą swój materiał genetyczny następnym pokoleniom wydając na świat liczne i zdrowe potomstwo.

Kolejnym pretekstem do uwalniania dużych ryb jest bezgraniczna radość jaką miałem szanse doznać gdy złowiłem tę samą rybę ale o kilka centymetrów większą. "MATYLDA" to żartobliwie nadane imię samicy szczupaka, którą udało mi się oszukać sztuczną przynętą dwukrotnie w odstępie roku czasu. Poznałem Matyldę w marcu 2017 roku, mierzyła 102 cm i miała kłopoty z nadwagą bo ważyła wtedy 14,5 kg.

 

 

Do naszej kolejnej "randki" doszło na koniec stycznia 2018r. Okazało się, że ryba urosła o 5 cm i zgubiła 2,5 kg wagi.

 

 

Żartowaliśmy sobie z kolegą Damianem, że ryba nie rozrabiała w podbieraku ani podczas sesji fotograficznej ponieważ nas poznała i wiedziała, że nic jej się nie stanie, dostanie buziaka i wróci do wody. Oczywiście nie poznałem ryby od razu nad wodą a dopiero w domu przeglądając fotki. Gdybym zjadł ją rok temu do tego spotkania by nie doszło. To co czułem wtedy to.... jakby to określić "zagęszczony koncentrat szczęścia" towarzyszyły temu podskoki i okrzyki radości.

Mam nadzieję, że historia Matyldy pomoże wam podjąć decyzję o uwalnianiu okazów aby móc poczuć ten "koncentrat szczęścia" na własnej skórze. Mam nadzieje, że uda mi się jeszcze zmierzyć z Matyldą i myślę, że ona też nie będzie miała nic przeciwko. Życzę wszystkim pozytywnym zapaleńcom wędkarstwa podobnych przygód...

pozdrawiam...

Grzegorz Sawczyszyn

Mikado Fishing Team

Udostępnij artykuł na:

wróć do listy