Spark dobry na wszystko

Opublikowany przez: Piotr Piasecki

Jesteś na Mikado / aktualności

Udostępnij artykuł na:

May 10, 2021

Spark dobry na wszystko

Ciągnąca się jak odcinki Mody na sukces zimowa aura, połączona z covidowymi kajdankami oraz sprawami, które uniemożliwiały mi pojawienie się nad ukochaną rzeką Wartą, spowodowały, że czuję się jak na końcu naciągniętej do granic możliwości procy, która, skierowana w stronę rzeki, tylko czeka na wystrzał. Marzę o tym, by znów znaleźć się na mojej Warcie, Odrze czy Wiśle i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znów zanurzyć się w swojej bajce… Odpłynąć niczym tytułowy bohater filmu Trainspotting, tylko że w inną stronę. Rzeczne rynny, długie kamieniste opaski, strome burty z obsypującą się darnią i grubą wodą pod spodem, liczne główki, przykosy czy klatki w akompaniamencie wody przebijającej kadłub łodzi o zachodzie czy wschodzie słońca, to jest to, co kocham w wędkarstwie najbardziej. Niesamowicie waleczne sumy, najbardziej tajemnicze i pożądane przeze mnie duże sandacze, królowe przelewów – siłaczki brzany, szybkie jak torpedy bolenie, niezwykle ostrożne i płochliwe grube klenie i jazie, przepięknie ubarwione okonie czy, coraz rzadziej spotykane na moim odcinku, zawsze złe, wygłodniałe i agresywne szczupaki. Wszystkie te ryby są w naszym zasięgu. Tylko nie o każdej porze, nie w każdym miejscu i nie na wszystko je złowimy. W skrócie – musimy być w odpowiednim miejscu, czasie i użyć odpowiedniej przynęty. Dobór łowiska to już nasza indywidualna sprawa. Jeżeli pobędziemy trochę nad rzeką, znajdziemy ciekawe dla nas technicznie miejsce. Pozostaje nam tylko dobrać odpowiednią przynętę. I to właśnie na pewnym wyjątkowym wabiku chciałbym skupić się w tym artykule. Nie będę ściemniał i wyłożę przysłowiową kawę na ławę, opowiadając o trzech następujących po sobie jesiennych niesamowitych wyprawach na ryby, na które zabrałem swoich przyjaciół, udowadniając im, jak niesamowitą i uniwersalną przynętą jest Spark.Cofnijmy się zatem w czasie. Zabieram Was do swojego warcianego świata. Świata, w którym często poza obserwacją dzikiej przyrody nic się na wodzie nie dzieje. Jednak ta cisza często zwiastuje burzę z piorunami. Rozsiądźcie się zatem wygodnie w swoich fotelach i przygotujcie się na kilka ciekawych wędkarskich opowieści. Czas na wędkarskie tornado!

25 października 2020 roku

Wojtek jest niesamowitym człowiekiem. To gość, do którego mogę zadzwonić o drugiej w nocy i poprosić o pomoc w wyciągnięciu auta z rzecznego błota, by już po chwili w oddali obserwować pędzącego niczym Kubica Peugeota gotowego do offroadowych manewrów. Ciężko byłoby mi zliczyć, ile razy Wojtek ratował mnie z opresji, dlatego postanowiłem postarać się wynagrodzić mu to najlepiej jak potrafię, czyli zabrać go na pokład jednostki „KING OF WARTA”, która od tego roku nie była już moją, ale mój przyjaciel Kubuś pozwalał mi czasami z niej korzystać. Dobrze pamiętam ten magiczny poranek, kiedy wypływaliśmy. Jesienna różnica temperatur między nocą a dniem spowiła rzekę gęstą mgłą, a brak chmur na niebie zapowiadał piękny wschód słońca.

image

Kiedy znaleźliśmy się na łódce, było jeszcze ciemno, ale dzień powoli zaczynał przeganiać ciemną noc. W powietrzu czuć było ekscytację i przechodził nas dreszczyk emocji towarzyszący każdemu miłośnikowi tej pięknej pasji. W wędkarstwie niesamowite jest to, że przygody z czasem się nasilają i smakują coraz lepiej. W końcu dopływamy na jedno z moich ulubionych miejsc, wyłączam cicho pomrukującą yamahę, wypuszczam się kawałek z nurtem i najdelikatniej, jak to jest możliwe, staram się opuścić kotwicę, żeby nie dać sandaczom o sobie znać. Sporo z nich dobrze mnie kojarzy i pewnie cechuje się większą ostrożnością. Mam przygotowane dwie krótkie miotełki Kamisori Zander w jednoskładzie, na szczycie których spoczywają: na jednej wobler, a drugiej guma: 10 cm Spark w kolorze naturalnym na 7 gramowej główce z dowiązanym Fluorocarbonem 0,45.

image

Wiem, co te gumy potrafią i czuję, że zaraz mój kolega się o tym przekona. Byłoby fantastycznie. Tym bardziej, że jesień pobudziła już drapieżniki do żerowania i mamy spore szanse.  Nalewamy sobie łyczek kawy a śpiew kosa i rudzika dodaje klimatu otaczającej nas przyrodzie. Wypuszczam woblera, ale nic się nie dzieje. Nic z wyjątkiem śpiewu zimorodka lądującego na starym, spróchniałym pniu. Wyciągam lustrzankę i postanawiam uwiecznić tę piękną chwilę. 

image

Zmieniam witkę na tę z dyndającym na agrafce Sparkiem i się zaczyna. Na rzece widać już oczkujące ukleje i drapieżniki zaczynają walić w wodę raz za razem. „Jest dobrze” – myślę, uśmiechając się pod nosem. Mamy jakieś 20 minut a później pewnie ucichnie. BUUUUM!!!! Nagle czuję ostre przyłożenie i holuję pierwszą rybę. Sandacz nie jest duży. Ma pięćdziesiąt kilka centymetrów, ale przyłożył jak wściekły. Wypuszczam zbója i po chwili pojawia się następny, i następny i … następny. Spoglądam na kolegę i widzę lekkie podenerwowanie. Uśmiecham się szeroko, wędruję wzrokiem na sterówkę, na której leży wysypana garść Sparków w różnych kolorach, rozmiarach i na różnych główkach.  Biorę największego w kolorze marchewki i zakładam koledze na agrafce.  Wojtek kładzie palec wskazujący na plecionce, otwiera kabłąk kołowrotka i wali, ile fabryka dała. Prosto na szczyt przelewu. Pamiętam, że usiadłem na rufie, odłożyłem wędkę w uchwyt, odpaliłem cygaro i zacząłem się przyglądać. Długo nie musiałem czekać. Dosłownie po jednym z pierwszych podbić zauważyłem szybkie ugięcie szczytówki Kamisori Zandera kolegi, a on skwitował to ostrym wcięciem w tempo ryby tak, że dostała prosto w dziąsło! Siedzi!!! – krzyknął podekscytowany kamrat Wojciech. Ryba nie była duża, ale radość kolegi ogromna. Chwilę później szaleństwo ustało, a ryby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozpłynęły się do swoich kryjówek. Postanowiliśmy zmienić miejsce i popłynąć w pewną ciekawą miejscówkę na meandrującym kolanie rzeki i ustawić się w klatce, gdzie mieliśmy szansę połowić okonie. Niestety nie mogłem wbić się z przynętami i może to zabrzmieć śmiesznie, ale w pudełku znalazłem malutkiego Sparka w kolorze natural, którego uzbroiłem w 2 gramową główkę i rzutem na taśmę udało mi się wstrzelić w gusta kapryśnych ryb w paski. Nie dowierzaliśmy z Wojtkiem własnym oczom. Te przynęty również mogą być świetne na okonie. Udaje nam się złowić kilkanaście sztuk i wracamy do domowych obowiązków. 

image

Po drodze przeprowadzam pozytywne testy zastanego na środku rzeki ciekawego pływadła, jednak w tych warunkach nie udaje mi się już nic złowić. 

image

W domu jednak nie jesteśmy sobą i po obrobieniu rewirów nie możemy sobie znaleźć miejsca. Czujemy lekki niedosyt i późną nocą wracamy nad rzekę. Płyniemy trochę dalej w inne miejsce, ale również bardzo dobre. Chyba nie muszę pisać, na co łowiliśmy? To proste. Zwycięskiej drużyny się nie zmienia. Zwłaszcza na Mundialu. Tego wieczoru udaje mi się złowić rybę 76 cm, ale to Wojtek był w tej rozgrywce Lewandowskim. Po braniu myślałem, że wystrzeli go z butów, a ja po ugięciu kamisori zandera, na którego łowię sandacze już kilka dobrych lat, od razu domyśliłem się, że to piękna ryba. Po braniu sandacz złapał trochę nurtu i rozpędzony odjechał kilka metrów. Ryba stawiała spory opór, heroicznie walcząc do samego końca. Po szczęśliwym wylądowaniu ryby na łódce miarka pokazała 90 cm bez kilku milimetrów. 

image

Nie zapomnę spojrzenia pełnego szczęścia i dumy Wojtka, trzymającego rybę do zdjęcia. Zabrał swojego szczęśliwego Sparka ze sobą do domu i, jak się okazało na następnej wyprawie, to był strzał w dziesiątkę…

28 października 2020 roku

3 dni po tym, jak udało mi się pomóc przyjacielowi złowić swoją życiówkę sandacza, znów znaleźliśmy się nad Wartą, zażywając więcej adrenaliny niż byliśmy sobie w stanie wyobrazić. Ale może od początku… Nad rzekę zawitaliśmy o zachodzie słońca i mogliśmy zapuścić się trochę dalej, nie martwiąc się o to, że po omacku wylądujemy komuś w zestawach sumowych. Dopływam w miejsce, w którym meandrująca rzeka utworzyła literę S, a zalana, długa, kamienista opaska odkryła ciekawy przelew, na którym latem miałem bliskie spotkania z kleniami i brzanami. Opływamy miejsce szerokim łukiem, żeby nie narobić hałasu i przyklejamy się łódką do brzegu burty tak, żeby móc obławiać wachlarzem napływ na przelew. Słońce powoli chowa się za horyzontem a szybki nurt mieni się kolorach tęczy. Jest idealnie. To znaczy myślałem, że było, do momentu kiedy Wojtek wydarł się wniebogłosy. Sandaczowa wędka kolegi wygięła się jak łuk Robin Hooda na widok nikczemnego szeryfa Nottingham, a hamulec Black Crystala zaczął grać przez chwilę swoją melodię. Ryba wzięła na szczycie przelewu i na długim dyszlu w pierwszej fazie holu odjechała dość sporo, dostając pod odbytową płetwę szybkiego nurtu, po czym troszkę osłabła. Szybko wyszła do powierzchni i nagle coś zaczęło chlapać nad wodą. Było już na tyle szaro, że po odległości dzielącej nas od ryby, nie było widać, co kolega ma na końcu zestawu. Byłem przekonany, że Wojciech niechcący zaczepił za kapotę dużego bolenia albo leszcza, bo hol szedł bardzo topornie. Dopiero blisko łódki jedna ze świec uświadomiła nam, co jest grane. Wielki warciany szczupak połknął naszego Sparka tak, że zniknął cały w tej wielkiej krokodylej paszczy obślizglucha. Szybko odłożyłem wędkę i chwyciłem za podbierak. Mieliśmy mało czasu, a każda sekunda działała na korzyść ryby. Ze względu na to, że sandacze wyparły w ostatnim czasie szczupaki z mojej rzeki, stalki w moim pudełku i na plecionce można by ze świecą szukać. Rozsierdzony szczupak nie przypominał grzecznie spacerującej na kantarze alpaki. Im był bliżej podbieraka, tym więcej ewolucji wykonywał. Dodatkowo nurt napierający na naszą zakotwiczoną jednostkę nie ułatwiał podprowadzenia ryby, jak to ma miejsce na wodzie stojącej. W końcu Wojtek przyciąga rybę pod prawą burtę łodzi, a ja wrzucam cedzak do tego rosołu i jednym szybkim ruchem wyciągam szumowinę. Żeby było śmieszniej, szczupak przegryza fluorocarbon w podbieraku. Udało się nam. W ostatniej chwili. Dawno nie widziałem na Warcie takiego kolosa. Ryba wygląda nam na grubo ponad metr. 

image

Podpływam bliżej brzegu, gdzie nie ma nurtu, wyciągam worek karpiowy i wkładam na chwilę rybę, żeby przygotować sprzęt fotograficzny, a ona chwilę odpoczęła przed sesją i wypuszczeniem. I wtedy wydarzyła się rzecz przypominająca baśnie Andersena. Wojtek wyciąga z podbieraka przegryzionego i zdezelowanego jak stara szmata Sparka, dowiązuje go do Fluorokarbonu i wykonuje rzut w to samo miejsce. Odwracam się i staram się podpiąć obiektyw do aparatu, lecz tę czynność przerywa znajomy mi dźwięk. Kołowrotek oddaje linkę z taką prędkością, że robię wielkie oczy kota ze Shreka. Spoglądam za siebie, a ten wstrętny, ohydny – już nie kolega – próbuje zatrzymać podwodne pendolino. Nie może. Sandaczowa plecionka 0,18 nie pozwala mu na to, a zasób linki na kołowrotku powoli się kończy. Zmieszany kolega Wojtek spogląda się w moją stronę kwitując krótkim: „trzymaj Piotrek,  ja już tego nie chcę.” Jak emocje już puściły, pomyślałem sobie, że może chciał wyholować tę rybę, ale dobre serce i oznaki człowieczeństwa dały o sobie znać. To jest właśnie prawdziwy kumpel. Pierwszy raz przydarzyła mi się taka sytuacja. To raczej ja oddawałem kolegom swoją wędkę, ale nie chciałem się z Wojtkiem kłócić. Zapieram Dolnik Kamisori Zandera o pachwinę i się zaczyna. Ryba jest już daleko, za niebezpiecznym dla plecionki przelewem z ostrymi kamieniami, a linka powoli się kończy. Musimy działać szybko, ale ostrożnie. Proszę Wojtka, żeby podniósł kotwicę i strymował silnik. Musimy przepłynąć przez płytki przelew i to jedyna szansa, żeby nie uszkodzić spodziny silnika. Ryba gna cały czas przed siebie, jakby nie zdawała sobie sprawy, że jest z nami w jakikolwiek sposób połączona. O cholera!!! – krzyczę do kolegi.  Mamy jeszcze tego krokodyla w podbieraku. Wojtek uzupełnia bakistę na żywą rybę i wkłada to cielsko do środka. Musisz jeszcze chwilę poczekać, przyjacielu – uśmiechnięty Wojtek mruczy do ryby. – Zaraz odpłyniesz razem z kolegą. Latem taka operacja nie wchodziłaby w grę. Ryba mogłaby tego po prostu nie przeżyć. Sum ustawia się w korycie, a my płyniemy za nim. Po jakimś kilometrze udaje się rybę wyciągnąć, wraz ze szczupakiem sfotografować i wypuścić. Przybijamy sobie z Wojtkiem dłoń pełną śluzu, uruchamiamy silnik i dumni niczym Freddy po chyba najlepszym koncercie Queen na Weembley w 1985 – wracamy do domu.

image

Wojtek odwraca się w moją stronę i mówi na koniec: - Spark. Znów ten Spark. Jak myślisz, Piotrek? Przypadek?. Wiesz co, Wojtek? – odpowiadam. – Muszę to sprawdzić jeszcze jeden raz…

2 listopada 2020 roku

Kilka dni później znów znalazłem się nad rzeką. Pamiętam, że siedziałem na łódce i ustawiałem sobie ulubione przynęty na sterówce, na które tego dnia planowałem wędkować. JBL sparowany z telefonem wydobywał z siebie koncertowy utwór „Thunderstruck” zespołu AC/DC, którego uwielbiam słuchać przed wypłynięciem na rzekę. Dobrze mnie nastraja. To tak jakby w Koloseum w Rzymie wielotysięczny tłum skandował imię ulubionego gladiatora, który zaraz ma wyjść do walki, tylko nie stawiając na szali swojego życia. I wtedy zadzwonił telefon, przerywając gitarowy riff charyzmatycznego gitarzysty AC/DC Angusa McKinnona, który odziany w krótkie spodenki, trampki i marynarkę, wykonywał na scenie swój autorski taniec, wydobywając z elektrycznej gitary to, do czego została stworzona. Spoglądam na wyświetlacz telefonu, na którym pojawia się zdjęcie wiecznie uśmiechniętego Arkadiusza Chudego, który pieszczotliwie nazywany jest przez przyjaciół Chudinim. „Dzieeeeeeeeeeń dobry Piotruś. Co porabiasz?” – słyszę w słuchawce telefonu. A jak myślisz, Chudini? – odpowiadam uśmiechnięty. Znajdzie się na wesołym pokładzie łodzi szturmowo-desantowej miejsce dla zagubionego wędrowca, który jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności znalazł się u Ciebie nad rzeką? Już pucuję pokład dla jego wysokości -  odpowiadam i chwilę później dwóch wariatów wypłynęło przed siebie ku kolejnej przygodzie… Teraz tak sobie myślę, że miał nosa, skubany. To był jeden z tych dni, kiedy ryby brały, jakby były w amoku. Pora dnia, kiedy wypłynęliśmy, była idealna. Słońce po pięknym jak na jesienną porę dniu powoli udawało się na zasłużony odpoczynek. Jednym słowem – zaczynała się najlepsza pora na nasze ulubione sandacze – ciemna noc. Kiedy zatrzymujemy się na pierwszej mecie, pokazuję Arkowi zdezelowane jak stare szmaty Sparki, które namieszały znacząco w ostatnich dniach na moich wyprawach. Kolega twierdzi, że słyszał, iż są całkiem niezłe, ale pozostanie przy swoich ulubionych jaskółkach Sairach i Fishunterach. Arek jest doskonałym sandaczowcem, któremu mógłbym co najwyżej wiązać przypony, jednak postanawiam rzucić mu wyzwanie i sprawdzić, które przynęty tego dnia będą skuteczniejsze. Dumny niczym prezes PIS-u Aruś oczywiście przyjmuje rękawicę i zaczynamy batalię. Chudini zaczyna rozsiewać swoją magię, rozpoczynając od 9 cm Sairy w kolorze natural, na którą w zeszłym roku trochę na Warciance narozrabiał i która daje mu pierwszą rybę wyjazdu. Z ciekawości, tuż przed wypuszczeniem, przykłada ją do miarki przyklejonej do bakisty na wędki i ryba mierzy niecałe 50 cm. Nie pozostaję mu dłużny i już po chwili w moim podbieraku ląduje ryba coś koło 60 cm.

image

I tak przez dwie godziny udaje nam się wyciągnąć jakieś 10 ryb, z czego największa ma 70 cm. Dziwnym zbiegiem okoliczności akurat tego dnia wszystkie miarowe ryby złowione zostają na Sparki. Kiedy sytuacja przycicha, prostuję się jak strzała na łuku, dumnie wypinam pierś do przodu i najpoważniej jak umiem, wydaję mojemu majtkowi głośną i wyraźną komendę: „kotwica w górę!”. A jaj Keptyn – odpowiada mój wesoły kamrat i już po chwili z niebywałą gracją wciąga żelastwo na pokład krążownika. Odpalam silnik, nastawiam w głośnikach króla opery wielkiego mistrza Luciano Pavarottiego w duecie z Jamesem Brownem i powoli pyrkamy w górę rzeki niosąc za sobą utwór It’s a Man’s World. Pływanie po nocy na rzece ma swój niepowtarzalny i wyjątkowy klimat. Jezu, jak ja to kocham… Kolejne ustawienie wymusza na nas obławianie miejscówki wachlarzem, a szybszy nurt skłania do założenia 20 gramowej główki. Nagle słyszę dyskretne grzebanie przez mojego kompana w swoim pudełku i kątem oka dostrzegam, że Arek podpina na agrafkę przynętę, do której próbowałem od początku go namówić. Dobrze robi, bo już po chwili wcina w tempo fajną rybę koło 70 cm. Pamiętam, że Sandacz był ciekawy ze względu na dziwną płetwę grzbietową. Delikatnie przestawiam łódkę i wykonuję rzut na środek rzeki i kiedy moja przynęta dochodzi do miejsca, gdzie znajduje się zaczep, jakaś wściekła lokomotywa z impetem wali w moją gumę tak, że czuję to w barku. Piękne branie, a po chwili okazuje się, że ryba jest jeszcze piękniejsza. Gruba jesienna 85 centymetrowa samica sandacza. 

image

Jestem szczęśliwy i spełniony jako wędkarz, ale na koniec postanawiam sprawdzić jeszcze jedno miejsce. I tym razem intuicja mnie nie zawiodła. W 10 cm Sparka  w kolorze fluo mam bardzo delikatne branie, a po zacięciu jestem przekonany, że siedzę w zaczepie. Jakże się myliłem, kiedy nagle ryba wystrzeliła jak z procy. Aruś spojrzał na mnie z niedowierzaniem, kwitując krótkim :„to się nie dzieje”. Niestety albo stety się dzieje, przyjacielu – odpowiadam kurczowo, trzymając wędkę w ręce, a kołowrotek znów śpiewa swoją pieśń. I powiem ci coś jeszcze, drogi kamracie. Zadzwoń lepiej do żony, że się trochę spóźnisz. To trochę potrwa. I znów bidulek musiał podnosić tę ciężką kotwicę a dwóch wariatów w czeluściach nocy ruszyło swoją łupinką za rybą w nieznane zastanawiając się, jak duży był ich przeciwnik… Tak to mniej więcej wyglądało. 

image

Wiem, że miały być tylko 3 wędkarskie opowieści, ale kilka dni później wydarzyło się coś jeszcze, o czym chciałbym na koniec opowiedzieć…

Wszystkie te historie były niesamowite i wyjątkowe, jednak za swój największy wędkarski sukces uważam złowienie pięknego suma przez mojego przyjaciela, z którym cały zeszły rok przemierzaliśmy różne rzeki i jeziora, stawiając swoje pierwsze kroki w nauce łowienia wertykalnego. Gość, z którym można konie kraść, a jego empatia, pozytywna energia i radość ze złowienia nawet najmniejszej ryby, przypomina mi za każdym razem, po co łowię i co to jest prawdziwe wędkarstwo. Bez presji, zawiści zazdrości i zgrzytów. Rozumiemy się bez słów i każdy zna swoje miejsce na łodzi. (niestety, od kiedy sprzedałem Kubusiowi łódkę, hierarchia się trochę zmieniła i to ja teraz dźwigałem tę ciężką kotwicę na pokład). Co prawda kilka dni wcześniej Kubuś złowił ze mną pięknego, prawie 90 cm sandacza, ale był złowiony na woblera, dlatego nie będę tutaj tego opisywał, tylko wrzucę jedno zdjęcie tej pięknej ryby.

image

A jeśli chodzi o tego suma, to wyglądało to mniej więcej tak...

11 listopada 2020 roku

Choć nie była to największa ryba, jaką w tym roku złowiliśmy, to batalia, jaką dane nam było stoczyć, była zdecydowanie najdziwniejsza, należała do najtrudniejszych, a dla mojego kompana – na pewno była najważniejsza. Widziałem to w jego oczach, kiedy po wszystkim wciągnąłem suma na pokład, ale może od początku... Dzień 11 listopada zamiast na manifestacji, spędzaliśmy na domowych robótkach i w nocy coś nas tknęło, żeby do siebie zadzwonić. Następne, co pamiętam, to zbrojenie przynęty na środku rzeki. Tak działa Warta, narkotyk 100 razy silniejszy od kolumbijskiej koki. Ciągle rosnąca woda, połączona z bardzo wysokim ciśnieniem, nie ułatwiała nam złowienia upragnionego sandacza. Na rzece zupełnie nic się nie działo, a my kombinowaliśmy z przynętami i rozmawialiśmy o pogodzie, starając się zrzucić brak brań właśnie na nią. W pewnym momencie, na moją ulubioną gumę prowadzoną wachlarzem w korycie Warty, uderza z impetem duża ryba, urywając podczas brania cały zestaw. Spoglądam na Kubę ze złością w oczach i właśnie przygotowuję się do rzucenia porządnej wiązanki epitetów, jakich używa się w takich momentach, ale nie jest mi to dane. W tymże momencie blank wędziska kolegi wygina się do granic możliwości. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem i zastanawiamy się, co się właściwie wydarzyło, a podwodna lokomotywa rusza powoli w naszą stronę, przerywając nasze rozważania i kieruje się prosto w stronę kotwicy. Dosłownie w ostatniej chwili udaje mi się wyciągnąć linę spod pędzącej w naszą stronę ryby i zaczyna się kolejna wędkarska przygoda. Uruchamiam silnik i staram się płynąć równo z naszym warcianym Moby Dickiem. Wyobraźnia zaczyna pracować, a my zastanawiamy się, jak duży jest nasz przeciwnik. W pewnym momencie ryba zatrzymuje się, obiera kierunek przeciwległego brzegu i parkuje w trawach. Kładzie się na chwilę, po czym trzeszczący dźwięk hamulca kołowrotka informuje nas o jej gwałtownym zrywie. Tym razem zaczyna płynąć z prądem i rusza prosto w zalane drzewa. Próbuję odciągnąć ją siłą, ale linka 0.20 nie robi na niej żadnego wrażenia. Niestety okazuje się, że nie jest to nasz jedyny problem. Kiedy Kubuś wykonuję 10 z rzędu taniec wokół łódki z rybą, jego skórzany ciżemek zahacza o zbiornik paliwa, który wydaje znany mi dźwięk, a ja przypominam sobie, że zapomniałem zatankować paliwa. Nie ma się co łamać – mruczę pod nosem. Zrobię to, co zwykle – będę improwizował. Postanawiam nie denerwować kompana i nie informuję go o tym fakcie. Korzystając z tego, że znów jesteśmy w korycie rzeki, wyłączam bzyczący jak pszczółka Maja na widok pajęczycy Tekli silnik łodzi szturmowo-desantowej. Prąd powoli niesie naszą łódkę w czeluściach nocy, a nasz przeciwnik płynie równo z nami, nie dając żadnych oznak zmęczenia. Po kilku próbach udaje mi się uruchomić zaśniedziałe gniazdko szperacza i świecę na wodę z nadzieją, że może chociaż uda nam się zobaczyć naszego U-boota. Niestety nie widać nic, poza kępą trawy przyczepioną do przecinającej tafli wody plecionki. Sum jest tuż pod nami. Zastanawiam się tylko, jak ryba jest zapięta. Sum złowiony tydzień wcześniej połknął sparka i chyba tylko czuwająca nade mną opatrzność spowodowała, że plecionka nie przetarła się o jego tarkę. Kiedy w końcu nasz przeciwnik pokazał się w całej okazałości, odetchnąłem z ulgą. Był zapięty książkowo w nożyczki. Po wciągnięciu ryby na pokład spojrzałem Kubie głęboko w oczy i zobaczyłem, że udało mi się spełnić jedno z jego marzeń. Ryba była wyjątkowa. Miała defekt ogona, przez co była krótsza niż być powinna. Na pewno ją poznam, jak będzie dane mi znów ją zobaczyć za kilka lat. Pasja to piękna rzecz, bardzo ważna w życiu człowieka... 

image

Następnego dnia totalnie mnie rozłożyło i chwilę później okazało się, że niestety Covid dopadł i mnie. To był mój ostatni wypad nad rzekę. Później po jakimś miesiącu udało mi się jeszcze kilka razy wyskoczyć i złowić kilka ryb na Sparki, niestety byłem jeszcze bardzo słaby i moje wypady były bardzo krótkie. 

image
image
image

Na koniec chciałbym napisać, że guma o której Wam opowiadałem, na pewno nie jest najlepsza na świecie, gdyż po prostu taka nie istnieje. Niestety nie ma przynęty doskonałej.

Jest na rynku wędkarskim sporo dobrych firm robiących świetne wabiki. Szanuję ich twórców i sukces, do jakiego przyczyniły się tysiące ryb łowionych na te przynęty. My, wędkarze, powinniśmy się łączyć, a nie dzielić jak co niektórzy, na przykład na portalach społecznościowych obrzucając się błotem za ekranem komputera, bo przecież nigdy w oczy. Przecież wędkarstwo to jedna wielka przygoda. Wiem jedno na pewno. Sparki dały moim przyjaciołom życiówki w różnych gatunkach ryb. Mi dają spokój i pewność, że końcu znalazłem swojego gralla. Z wędkarskimi pozdrowieniami dla Was wszystkich. Trzymajcie się ciepło, zdrowo, wypuszczajcie duże ryby i dzielcie się pozytywną energią z przyjaciółmi. Ciao bambino.

 

Udostępnij artykuł na:

Polecane produkty

Spark / 346

Spark / 346

Spark to niezwykle skuteczna przynęta miękka o powiększonej powierzchni korpusu oraz cienkie nasadzie ogona. Dzięki połączeniu tych dwóch cech otrzymujemy przynętę o spowolnionym opadzie, której ogonek pracuje w każdych warunkach.
Kamisori Zander

Kamisori Zander

Kamisori Zander to specjalistyczne, sandaczowe wędki posiadające niesamowicie czuły blank i pustą szczytówkę (nie wklejankę), która idealnie ukazuje wszystkie ruchy przynęty oraz brania, jej sztywność zarazem pozwala na skuteczne podbijanie cięższych przynęt- gum i kogutów. Przelotki Fuji Alconite n...
Black Crystal

Black Crystal

Kolor czarny wielu z nas kojarzy się z siłą, a mawia się, że cały mechanizm jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. W kołowrotkach Black Crystal możliwość wystąpienia słabego ogniwa sprawdziliśmy praktycznie do zera, tym samym nic nas nie zaskoczy podczas wędkowania. Bazą jest tutaj niesamowicie...
wróć do listy
bannery
bannery
AOE
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner