Z pamiętnika spinningisty. Odc.1 „Kolega”

Opublikowany przez: MK

Jesteś na Mikado / aktualności

Udostępnij artykuł na:

July 16, 2013

Z pamiętnika spinningisty. Odc.1 „Kolega”

Tytułem wstępu…

Nie samą teorią człowiek żyje. Jest ona o tyle istotna, że bez niej ciężko o racjonalne i zamierzone poławiania interesującego nas gatunku. Wyposażamy się w odpowiednią wiedzę przez całe nasze wędkarskie życie.  Pozyskujemy ją z różnorakich poradników, artykułów, z rozmów z kolegami „po kiju”, czy też wreszcie, a może przede wszystkim zdobywamy ją na podstawie własnych sukcesów i porażek poniesionych z wędką w dłoni. Jak to mówią, na naukę nigdy nie jest za późno i pewno nigdy jej mało, ale powiedzmy sobie szczerze, że każdy z nas woli być przeciętnym praktykiem, niż mistrzem teorii.

Oprócz tekstów stricte technicznych, czy też poradnikowych, będą pojawiały się też relacje „z placu boju”, a więc to, co dla wielu stanowi najprzyjemniejszą część wędkarskiej publicystyki. Teoria teorią, jednak to jej praktyczne wykorzystanie najbardziej nas interesuje. Mając tą możliwość i niewątpliwą przyjemność z dzielenia się wiedzą i informacjami na łamach przeglądanej przez Was, drodzy czytelnicy, strony, pragnę dzielić się również tym, co osobiście przeżywam nad wodą, w formie pamiętnika, którego, notabene, prywatnie prowadzę od lat. Notatki wędkarskie to istotny element podczas wyciągania wniosków z własnych połowów, a przy okazji pozwala na dłużej zachować wspomnienia wędkarskich wypraw. Zapraszam!

„Kolega”

1

Słodycz sukcesu i gorycz porażki jest nierozerwalną częścią naszej wędkarskiej egzystencji. Sukces smakuje podwójnie, a gorycz porażki łatwiej ponieść, jeśli mamy przy sobie towarzysza…

Majowe spotkanie na „moich” terenach planowaliśmy od dawna. Kamil, bo to mój imiennik właśnie miał tym razem ze mną przedzierać się przez odrzański sajgon, nigdy wcześniej nie łowił na Odrze z racji, że praktycznie pod jego domem przepływa „Królowa”, jak wielu nazywa Wisłę.

Od początku zaczęliśmy ostro. Mój kompan, po przejechaniu praktycznie całej Polski, z wielką energią, jakby jechał co najwyżej dwa przystanki tramwajem, przepakował swoje bagaże z autokaru do mojego środka lokomocji i od razu pognaliśmy nad wodę, żeby nie tracić cennych minut, mimo planowanych kilku dni połowów. Całą drogę rozmawiamy o miejscach, przynętach, zestawach, mimo że wszystko to ustalaliśmy już od dłuższego czasu. Na miejscu od razu wskakujemy w „śpiochy”, wiążemy agrafki i w drogę! Odra wita nas dość niską i niestety opadającą wodą. Nie nastraja to optymistycznie, jednak zapierające dech w piersiach widoki, przemykające tu i ówdzie dzikie zwierzaki, a także, co najbardziej nas interesuje, pojedyncze spławy ryb powodują, że uśmiech gości na naszych twarzach. Natychmiast zabieramy się za łowienie i nie załamują nas początkowe niepowodzenia. Jednak z czasem trudy terenu, brak brań i miliardy komarów obniżają morale. Czas na małą pauzę, wymianę wabików w ramach „wietrzenia pudełek” i chwilę oddechu.

2

Kolejna ostroga, kolejne skradanie się do miejscówki i rzuty, a każdy z nich z góry zaplanowany i przemyślany. Wszystko na nic! Żonglerka przynętami i sposobami prowadzenia również niewiele daje. Stajemy przy stromej burcie i rozmawiamy. Nieco zrezygnowany zakładam dużego smużaka. Długi rzut, wobler spada tuż przy zalanych trawach. Kilka obrotów korbką i widzę przesuwający się wał wody za przynętą. Jeszcze pół metra i czuję atomowe kopnięcie. Mocno zacinam, jednak na pusto! Patrzymy na siebie z rozdziawionymi ustami. Komicznie musiało to wyglądać, jednak nam nie było do śmiechu. Szkoda. To była ładna ryba, jednak taki urok widowiskowego łowienia z powierzchni. Sukcesem jest fakt, że udało się trafić w gust ryb. Już wiemy, jak je kusić i z jeszcze większą energią przystępujemy do obławiania kolejnych miejsc. Może 2-3 główki dalej słyszę głośny chlupot. Atak bolenia? Spłoszone kaczki? Nie! To ryba szaleje na końcu zestawu Kamila! I to całkiem niezła. Szybko dobiegam i udaje mi się jeszcze uwiecznić moment podbierania zdobyczy.

3

Prawie 45cm nurtowego mięśnia, w postaci klenia, jest już powodem do radości. Robimy pamiątkowe zdjęcia i uwalniamy rybę.

4

Nareszcie! Pierwsza ryba wypadu, ale co najważniejsze, pierwsza ryba mojego kompana na nowym terenie. Uśmiechnięci, wymieniamy informacje na temat miejsca przebywania ryby, a także wznosimy toast. Jest dobrze. Nagle nie czujemy zmęczenia i nawet komary wydają się mniej natrętne ;) Dzień zbliża się ku końcowi, a z racji okresu ochronnego na sandacze i sumy, odpada nocne polowanie na wyżej wymienione. Planujemy więc taktykę na dzień kolejny i szykujemy się na spoczynek.

Kolejny dzień wita nas rześkim, żeby nie powiedzieć chłodnym porankiem i standardowo, komarami. Szybka kawa i do roboty! Odrzańskie poranki są cudowne, a ten, nie jest wyjątkiem. Pierwsze promienie wschodzącego słońca iskrzą się na kropelkach rosy, w oddali słyszymy szczek koziołka i krzyk bażanta. Całym sobą człowiek rejestruje piękno dzikiej przyrody, co jest świetnym sposobem na psychiczną regenerację po całych tygodniach spędzonych w betonowym lesie blokowisk.

Łowimy może z 15minut, gdy do moich uszu dochodzi gwizd. Taki dźwięk naturalnie nad Odrą nie występuje, więc od razu rejestruję to, jako sygnał. Odwracam się i rzeczywiście! Jest hol pierwszego bolenia. Cieszę się równie mocno, jakby to była moja ryba. Ja sobie jeszcze złowię, a tu chodziło o mojego gościa, bo jak wiadomo, nowy często płaci „frycowe”. Boleń, a raczej bolenik nie grzeszy wielkością, jednak cieszy, jako pierwszy przedstawiciel tego gatunku na nowym łowisku.

5

Rybka ochoczo odpływa, a my z podobną energią zabieramy się za kolejne ciekawe miejscówki. Klęczę na szczycie główki, gdzie wcześniej widziałem atak rapy. Obławiając sukcesywnie obiecujące miejsce, z każdym rzutem tracę nadzieję. Zmieniam przynętę i widzę dosłownie kilka metrów od siebie niewielki wirek. Krótki rzut, szybkie przeciągnięcie woblera i na moich oczach, dosłownie 2 metry od szczytówki, moją imitację uklejki zgarnia boleń! Natychmiast odjeżdża w nurt, wysnuwając nieco linki z kołowrotka. Wołam kompana, który przybiega z aparatem. Hol nie trwa już długo, bo rybka chyba z tego samego rocznika, co poprzednia. Podbieram swoją zdobycz i wystawiam w stronę obiektywu.

6

Następnie pozbawiam ją kotwiczek i macham jej na pożegnanie, prosząc przy okazji, żeby przyprowadziła swoją babcię. Łowimy jak transie, ale widok wędrującego po niebie słońca jest nieubłagany. Powoduje, że coraz częściej nasze myśli uciekają w kierunku zakończenia naszej eskapady i to nie z nudów, czy zniechęcenia, ale z powodu ograniczonego czasu mojego gościa. Krótka pauza przed ostatnim, ciekawym bardzo odcinkiem. Nie przejmujemy się, że woda od wczorajszego wieczora spadła prawie o 40cm. Wierzymy, że coś jeszcze uda się nam złowić. Rozmawiając i uzupełniając siły, obserwujemy oczywiście wodę. Na samym przelewie kolejnej ostrogi widzimy rozchodzące się po wodzie kręgi świadczące o ataku bolenia. To miała być moja kolejna miejscówka, jednak chcę być dobrym gospodarzem. „Jest Twój”, mówię i obserwuję poczynania mojego imiennika. Ten, że wędkarzem jest nieprzeciętnym, obławia łowisko na tyle skutecznie, że już po kilku rzutach czuje szarpnięcie i rozpoczyna hol! Ryba jest nieco większa, niż poprzednie. I mimo, że daleko jej rozmiarami do okazów, jakie można nieraz spotkać, cieszy ogromnie, bo to piękne zakończenie i podsumowanie naszego wypadu.

7

Ryba oczywiście wraca tam, skąd przypłynęła, a my powoli zbliżamy się do finału naszego wypadu. Po drodze, w kilku ciekawych miejscach, mam jeszcze kilka wyjść kleni do przynęty i brań na smużaka, w tym atak ryby, którą oceniam na 45cm+. Jednak mimo ostrych i odpowiednio dużych kotwic, ryba nie trafia dobrze w przynętę i nie zapina się. Trudno. Pożegnalny, ostatni rzut oka na płynącą rzekę. Przybijamy sobie „piątkę” i rozpoczynamy powolny marsz w stronę cywilizacji, zostawiając za sobą szumiący nurt żywiołu i drzemiące w jego wnętrzu niespodzianki.  Do następnego razu…

Z wędkarskim pozdrowieniem
Kamil Zaczkiewicz

Fotografie: Kamil „Bluzer” Rudnik oraz autor.

Tematyka: boleń, kleń,

Udostępnij artykuł na:

wróć do listy