W krainie jigowania - technika opadu

Opublikowany przez: MK

Jesteś na Mikado / Testy

Udostępnij artykuł na:

August 13, 2013

W krainie jigowania - technika opadu

Opad. Słowo jak mantra powtarzane przy okazji połowu sandaczy, okoni, czy szczupaków. Co takiego jest w tej metodzie, że wielu z wędkarzy nie wyobraża sobie łowienia wyżej wymienionych gatunków bez wykorzystania tej techniki prowadzenia? Jak nadać przynęcie tą kuszącą ryby pracę? I wreszcie jaki sprzęt zastosować, żeby prowadzenie wabika było efektywne, a samo łowienie sprawiało nam przyjemność, jaką będzie walka z rybami, a nie ze źle dobranym zestawem? Witamy w krainie jigowania.

2

Na co?

Większość drapieżników, trzyma się okolic dna. To tam znaleźć można kamienne górki, drewniane karcze, czy kępy zielska. Wszystkie te miejsca to doskonałe kryjówki, ale i doskonale zaopatrzone stołówki, z których ryby skwapliwie korzystają. To na dnie spotkamy raki, w okolicach podwodnych przeszkód zawsze kręci się jakaś drobnica, a za nią podążają wygłodniałe drapieżniki. Nasza przynęta musi więc przeczesywać te najniższe partie wody, dodatkowo musi imitować żyjątko, które stanowi potencjalny pokarm naszej zdobyczy. A że te najczęściej wybierają osobniki najsłabsze, lub ranne, dobrze by było zaprezentować w taki sposób nasz wabik.

Co? I jak? Czyli o co tak naprawdę chodzi?

Jak sama nazwa „opad” wskazuje, technika ta w wielkim skrócie pisząc, polega na prezentacji przynęty, która porusza się w kierunku dna. Jednak ruch ten zależny będzie od wielu czynników. Po pierwsze od rodzaju przynęty, bo zupełnie w innym tempie i inny ruch będzie uzyskiwał kogut, czy twister, a zupełnie inną ripper z dużym, agresywnie pracującym ogonem. Wiemy już, że nasz wabik musi poruszać się w okolicy dna, a najlepiej będzie, jeśli utrzymamy z nim stały kontakt. Jak dobrać przynętę i jej obciążenie, oraz jak to zaprezentować rybom?

6

Ekwipunek, czyli o sprzęcie słów kilka

Do jigowania używam krótkich i szybkich wędzisk, o bardzo dobrej transmisji drgań. Wśród wielu pozycji dostępnych na rynku, możemy trafić na naprawdę prawdziwe perełki. Koszt wędziska może wahać się od kilkudziesięciu, do nawet ponad tysiąca złotych. To dużo, jednak nie musimy od razu inwestować tak dużej kwoty. Lepiej chyba zaopatrzyć się w dwa zestawy, które pełniej zaspokoją nasze wędkarskie potrzeby, bo nawet najdroższe wędzisko nie złowi samo za nas ryby, a stanowi tylko narzędzie w naszych rękach.

Do łowienia z opadu polecam wędziska krótkie. Pozwolą one wygodnie pracować samym nadgarstkiem, nie zmęczą szybko ręki, dodatkowo łuk z plecionki unoszącej się nad wodą, będzie o wiele mniejszy, przez co więcej informacji od przynęty, dotrze do wędkarza.

Osobiście do opadu używam wędziska Inazuma X-plode Zander o długości 198cm, oraz nieco dłuższego, bo 240cm takiego samego modelu, tyle, że dwuskładowego. Oba te wędziska doskonale nadają się do łowienia techniką opadu przy pomocy większych wabików. Kije są bardzo czułe, dzięki czemu łatwo rozróżnimy strukturę dna, momentalnie „gasną” po wymachu, a ich mocny dolnik zapewnia pewne zacięcie i wbicie haka nawet w twardy pysk sandacza, czy szczupaka.

Dlaczego dwa wędziska? Używam ich zamiennie, stosując odmienne metody połowu, o których za chwilę. Na okonie polecam kijek delikatniejszy, z racji stosowanych przynęt. Tu odpowiednim wędziskiem będzie tzw. wklejanka, np. Lexus Sapphire, który jest znany już chyba każdemu amatorowi połowu okonia. Świetnym wyborem będzie także model NSC X-Lite Spin.

Do łowienia z opadu polecam zdecydowanie plecionkę, najlepiej w kolorze fluo - łatwiej zaobserwować na niej delikatne brania. Po kilku latach łowienia na plecionki rodem z USA, spróbowałem linki X-Plode i muszę przyznać, że posiada naprawdę dobre parametry, a stosunek ceny do jakości jest więcej, niż zadowalający. Linka się nie plącze, ma gęsty splot i relatywnie niewielką grubość w stosunku do wytrzymałości.

Dopełnieniem zestawu będzie kołowrotek. Tu ważna jest precyzja nawoju i hamulca walki. Do wyżej wymienionych wędzisk dokręcam kolejno Airspace 3008FD oraz Commandera 3006FD i oba doskonale wywiązują się z powierzonego im zadania.

4

Wabiki.

Do łowienia z opadu używa się głównie gum i kogutów. Zwykło przyjmować się, iż na początek stosujemy obciążenie ok. 3 gramy ołowiu na każdy metr głębokości łowiska (mając tu na myśli wody stojące, bez uciągu). To bardzo szacunkowe wyliczenie, gdyż przy użyciu np. bardzo grubej linki będziemy potrzebowali większego obciążenia, gdyż ta stawia w wodzie duży opór. Na nieznanym nam łowisku zacznijmy od nieco cięższych, niż wymaga tego łowisko, przynęt. Dzięki czemu łatwiej rozpoznamy jego strukturę, zagłębienia i wypłycenia, a także sygnały odnośnie tego, co leży na dnie, będą wyraźniejsze i łatwiejsze do interpretacji. Kogut też często będzie cięższy, niż guma, jakiej byśmy użyli w danym miejscu, ale to ze względu na sposób prowadzenia i agresywną pracę, jaką kusimy drapieżnika.

Podstawowymi przynętami, jakie stosuję, są imitacje ryb, a więc Fishuntery, w rozmiarze 7-10,5cm. Zbroję je w główki o ciężarze od 8 do nawet 30 gram, choć to jest zależne od głębokości łowiska, jego uciągu (o ile występuje) i sposobu prowadzenia przynęty. Kolory? Tych jest taka ogromna dostępność, że najlepiej mieć szerokie pole manewru, aby trafić w gusta ryby. Na co jednak bym się nie nastawiał, zawsze mam połączenia perły z czernią i niebieskim, oraz sprawdzone kolory 117 i 50T.

5

Meritum, czyli „jak”?

Skoro nasza przynęta ma penetrować przydenne partie wody, po zarzuceniu pozwalamy jej opaść na samo dno. Pamiętajmy, żeby zaraz po zetknięciu przynęty z wodą zamknąć kabłąk kołowrotka i napiąć linkę. Kontrolowany opad jest bardzo istotny, gdyż często zdarzają się brania już podczas pierwszego opadu. Kiedy przynęta dotknie dna, plecionka zluzuje się, a jeśli na dnie są kamienie, poczujemy je jako lekkie stuknięcie na szczytówce. Następnie, trzymając wędzisko przed sobą, ze szczytówką na wysokości oczu, wykonujemy dwa szybkie obroty korbką. Po tych obrotach znowu pozwalamy przynęcie opaść do dna i w tym czasie bacznie obserwujemy styk plecionki z powierzchnią wody. Każde jej nienaturalne przesunięcie, nagłe zluzowanie, lub pociągnięcie, kwitujemy mocnym zacięciem. Branie zdecydowane i mocne, poczujemy aż w barku i nawet nie patrząc na szczytówkę, z pewnością go nie przegapimy. Przynętę w wyżej wymieniony sposób prowadzimy aż do brzegu(łodzi) zważając na czas, jaki zajmuje przynęcie opad do dna, po takim samym podbiciu. Świadczyło to będzie o zróżnicowaniu dna, na jakim łowimy.

Po oswojeniu się z metodą, wyczuciu opadu i dna, na jakim łowimy, możemy zacząć podbijać przynętę z dna przy pomocy wędziska. Tutaj istotne jest natychmiastowe skasowanie luzu, w przeciwnym razie nie rozpoznamy brania w opadającą przynętę. Dzięki zaangażowania wędziska w unoszenie przynęty z dna, możemy zastosować tzw. pojedyncze, lub podwójne podbicie. Oczywiście nazwy te wskazują ilość podszarpnięć wędziskiem, po którym następuje kasowanie luzu i opad wabika. Łowiąc np. z łodzi i rzucając w stronę płytkiej wody(np. szczyt górki) polecam wykonywać dość niewielkie skoki, bo krzywizna terenu i tak wydłuży nam czas prezentacji przynęty. Znowu łowiąc „pod górę” musimy wykonywać dłuższe podciągnięcia, aby zdążyć zaprezentować wabik drapieżnikom. I tu właśnie odczuwamy różnicę w długości użytych wędzisk. Krótszym kijem doskonale łowi się ciężkimi gumami i kogutami w sposób dość agresywny i nerwowy, wykonując krótkie, dynamiczne skoki przynęty po dnie. Wysokie podbicia lżejszych wabików i zachowanie odpowiedniej kontroli nad opadającą przynętą będą dużo łatwiejsze do wykonania na dłuższym wędzisku. Krótki kij będzie też niezastąpiony podczas łowienia ciężkim kogutem. Szybkie podbicie, natychmiastowe wybranie luzu i kontrola podczas opadu. Wszystkie te czynności muszą być wykonane szybko i precyzyjnie, a poderwanie przynęty z dna musi być dynamiczne i ostre. Krótszym kijem wykonamy te czynności efektywniej, a przy okazji nie zmęczymy tak szybko ręki.

Sandacze, sandacze… a szczupaki?

Agresywne „obstukiwanie dna” kojarzy się większości wędkarzy z sandaczami. I słusznie, co nie znaczy, że tą metodą nie złowimy szczupaka, suma, czy okonia, którego zainteresuje większy kąsek. Jednak na szczupaki o wiele skuteczniejsze jest zastosowanie podobnej przynęty, jednak uzbrojonej w lżejszą główkę jigową. Spowoduje to bardziej leniwe prowadzenie i spokojniejszy, wolniejszy opad wabika. Takie szczupakowe „bujanie” przynętą bywa o wiele skuteczniejszą metodą na te drapieżniki, niż agresywne stukanie po dnie ciężką główką jigową. Lżejsza przynęta będzie niejako na chwilę zawisała w toni po podniesieniu z dna, dodatkowo subtelne ruchy szczytówką nadadzą jej dodatkowego, wabiącego lusterkowania.

A co z okoniami?

Łowiąc garbusy, stosujemy często dużo mniejsze wabiki, sięgając nierzadko po tzw. „paprochy”. Oczywiście nie jest to regułą, bo duże okonie z powodzeniem możemy łowić nawet na 10 cm gumy, które z pewnością będą wabikiem, który zadziała selektywnie na najmniejsze osobniki. Technika prowadzenia na odpowiednio delikatniejszym sprzęcie będzie bardzo podobna. Pamiętajmy jednak o zachowaniu proporcji. Nasz wabik ma imitować naturalny rybi pokarm, a malutkie rybki, czy drobne, kilkucentymetrowe bezkręgowce, nie będą wykonywały długich, czterometrowych skoków. Prowadzenie wabika musi być o wiele bardziej finezyjne, z zachowaniem uwagi w każdej chwili, gdyż np. okonie niejednokrotnie zasysają przynętę leżącą swobodnie na dnie. Dzieje się tak szczególnie w okresie wylinki raków, którymi to okonie się wtedy zajadają.

3

Nie zapomnijmy o drobiazgach.

Jakimi bez wątpienia będzie wolframowy, lub metalowy przypon, chroniący tak naprawdę nie nas, przed stratą przynęty, a ryby, przed pływaniem z niechcianym „kolczykiem” w pysku. Sandaczom w niczym on nie będzie przeszkadzał i mimo, że te ryby nie posiadają zębów, którymi przegryzłyby plecionkę, to warto o tym elemencie pamiętać, gdyż w tych samych miejscach niejednokrotnie spotkamy też i szczupaki. Dodatkowo dobry przypon będzie też chronił ostatni odcinek plecionki przed przetarciem o kamienie, czy ostre kanty muszli, którymi oblepione są leżące na dnie głazy i karcze.

1

Przez wielu opad jest traktowany jako jedynie słuszną metodę połowu wielu gatunków ryb. Trudno odmówić im racji, odnośnie skuteczności tej techniki, jednak nie zapominajmy o mnogości wymyślonych metod, sprawdzających się głównie wtedy, gdy tradycyjne metody zawodzą. Aby jednak przejść do bardziej skomplikowanych technik, należy opanować podstawy. Spróbujcie poskakać Waszymi przynętami po dnie, a potem pochwalcie się swoimi rezultatami!

Z wędkarskim pozdrowieniem
Kamil Zaczkiewicz

Udostępnij artykuł na:

wróć do listy